Przez wiele lat podział wydawał się dość oczywisty. Offset był synonimem jakości, stabilności koloru, wysokich nakładów i korzystnego kosztu jednostkowego przy większej produkcji.
Druk cyfrowy kojarzono natomiast z krótkimi seriami, personalizacją, szybką realizacją i możliwością produkcji właściwie „na żądanie”. Ten obraz nadal ma w sobie sporo prawdy, ale rynek już dawno przestał mieścić się w tak prostych definicjach.
Dziś granica między obiema technologiami jest znacznie bardziej płynna. Cyfra poprawiła jakość, szybkość, wydajność i zakres obsługiwanych podłoży. Coraz śmielej wchodzi w obszary, które jeszcze niedawno były naturalnym terytorium offsetu. Z drugiej strony offset także nie stoi w miejscu.
Krótsze czasy narządu, automatyzacja, redukcja makulatury, lepsza kontrola procesu i coraz bardziej zintegrowane systemy workflow sprawiają, że pozostaje technologią bardzo konkurencyjną, również w produkcji, która kiedyś mogła wydawać się dla niego mniej oczywista.
Dlatego najciekawsza rozmowa nie dotyczy dziś tego, która technologia wygra. Prawdziwe pytanie brzmi: jak zbudować środowisko produkcyjne, w którym offset i druk cyfrowy nie dublują się, ale wzajemnie się uzupełniają?
Koniec prostego podziału
Rynek zamówień poligraficznych zmienił się nie dlatego, że jedna technologia nagle okazała się lepsza od drugiej. Zmieniły się oczekiwania klientów. Nakłady są często krótsze, kampanie bardziej rozproszone, wersji językowych i produktowych jest więcej, a terminy realizacji bywają coraz krótsze. Klient nie zawsze pyta już, jaką techniką zostanie wykonana praca. Pyta, kiedy będzie gotowa, czy jakość będzie powtarzalna, czy można przygotować kilka wersji i czy drukarnia poradzi sobie z nagłą zmianą w ostatniej chwili.
W takim środowisku klasyczne myślenie „offset kontra cyfra” zaczyna przeszkadzać. Bo drukarnia, która za wszelką cenę próbuje realizować wszystko cyfrowo, może tracić rentowność przy dłuższych, stabilnych nakładach. Z kolei ta, która próbuje wciskać produkcję zmienną, krótkoseryjną i pilną wyłącznie w model offsetowy, naraża się na zbyt wysokie koszty przygotowania, niepotrzebne przestoje i frustrację klienta. Podobnie patrzy na to Jean Lloyd, konsultantka poligraficzna i globalna ambasadorka Print Island.
Jej zdaniem branża ma już za sobą etap prostego przeciwstawiania druku cyfrowego i technologii konwencjonalnych. Przez lata cyfrowi gracze byli przedstawiani jako ci, którzy zastąpią offset czy fleksografię, ale taki scenariusz się nie ziścił. I trudno się temu dziwić. Rynek okazał się bardziej złożony niż sugerowały marketingowe hasła.
Dziś, jak podkreśla Lloyd, widać znacznie dojrzalsze podejście. Druk cyfrowy, szczególnie inkjet, znacząco rozwinął się pod względem jakości, prędkości i możliwości produkcyjnych. Jednocześnie offset również przeszedł dużą zmianę: skróciły się czasy narządu, zmniejszyła się ilość odpadów, a krótsze serie stały się dla tej technologii znacznie bardziej realne niż jeszcze kilka czy kilkanaście lat temu.
To ważna obserwacja, bo dobrze pokazuje, że przyszłość nie polega na zastąpieniu jednej technologii drugą. Bardziej chodzi o zrozumienie punktów styku: kiedy bardziej opłacalny będzie offset, kiedy cyfra, a kiedy najlepszym rozwiązaniem okaże się połączenie obu procesów w ramach jednej produkcji lub jednej kampanii.
Coraz wyraźniej widać więc, że najważniejsza nie jest sama maszyna, ale umiejętność właściwego skierowania zlecenia. Innymi słowy: drukarnia powinna wiedzieć, kiedy uruchomić offset, kiedy cyfrę, a kiedy połączyć oba procesy w ramach jednej kampanii…
Więcej w wydaniu czasopisma Świat Poligrafii Professional.
Kup prenumeratę czasopisma. Wspieraj branżowe wydawnictwo.








