Przez ponad pięćset lat siedziała spokojnie z gronostajem na rękach. Nie narzekała, nie szukała nowych zajęć. Patrzyła gdzieś poza kadr, dokładnie tak, jak pozostawił ją Leonardo da Vinci. Przez ten czas zmieniał się świat, pojawiały się nowe wynalazki, technologie, a ona pozostawała niemal niezmienna. Aż pewnego dnia trafiła w ręce ludzi z branży poligraficznej. I wtedy zaczęła się zupełnie nowa historia.
Co właściwie łączy renesansowe dzieło Leonarda da Vinci, współczesny druk, opakowania i ludzi z kilku różnych firm? Na pierwszy rzut oka niewiele, ale właśnie takie nieoczywiste połączenia często prowadzą do najciekawszych pomysłów. Od początku wiedzieliśmy, że nie chcemy po prostu wydrukować kolejnej reprodukcji „Damy z gronostajem”.
Oryginał od ponad pięciu wieków radzi sobie bez naszej pomocy całkiem dobrze. Nie chcieliśmy również udowadniać, że współczesna technologia może zastąpić dzieło sztuki. Chodziło o coś zupełnie innego. O potraktowanie znanego wszystkim obrazu jako początku nowej historii. Zastanowiliśmy się, co mogłoby się wydarzyć, gdyby Dama na chwilę opuściła muzealną salę i trafiła do świata współczesnej poligrafii.

Zaczęliśmy więc od stworzenia naszej własnej wersji obrazu. Powstała replika „Damy z gronostajem”, ale od początku nie miała być wierną kopią oryginału. To była nasza Dama, inspirowana dziełem Leonarda, ale świadomie zinterpretowana na nowo. Zachowaliśmy to, dzięki czemu obraz jest natychmiast rozpoznawalny, jednocześnie pozwalając sobie na własne spojrzenie. W ten sposób powstał obraz, który z jednej strony odwołuje się do historii, a z drugiej należy już do naszego projektu. Replika stała się jego symbolicznym początkiem punktem, w którym renesansowa inspiracja spotkała się ze współczesnymi możliwościami druku – mówi Piotr Pazik.

Skoro już pozwoliliśmy Damie opuścić ramy, postanowiliśmy sprawdzić, dokąd jeszcze może nas zaprowadzić. I właśnie wtedy pojawił się pomysł na 300 unikatowych doypacków. Nie trzysta kopii jednego opakowania, ale trzysta różnych egzemplarzy. Każdy miał być częścią tej samej historii, a jednocześnie mieć coś własnego. Własne tło, kolory, kompozycję.
Pojawiły się różne role, określenia i humorystyczne opisy. Dama, która przez setki lat funkcjonowała w jednej odsłonie, nagle dostała setki nowych możliwości. Czasem poważnych, czasem zaskakujących, a czasem takich, przy których trudno się nie uśmiechnąć.

W tym miejscu do historii wkroczyła technologia. Dzięki drukowi cyfrowemu i możliwościom personalizacji mogliśmy zrobić coś, co jeszcze niedawno byłoby niezwykle trudne do zrealizowania, potraktować każdy egzemplarz nie jak kolejną kopię, lecz jak osobny element większej całości. Technologia dała nam narzędzia, ale sama nie wymyśliła tej historii. I chyba właśnie to okazało się jednym z ciekawszych wniosków z całego projektu. Można mieć najbardziej zaawansowane maszyny i oprogramowanie, ale dopiero pomysł sprawia, że zaczynają one robić coś naprawdę interesującego.

Im dalej jednak szliśmy, tym bardziej zdawaliśmy sobie sprawę, że gotowy wydruk jest tylko fragmentem całej opowieści. Jest grafika, jest folia, jest nadruk, jest zgrzew. Gotowe. Tymczasem pomiędzy plikiem na ekranie, a gotowym doypackiem dzieje się znacznie więcej niż widać na pierwszy rzut oka. Nasza Dama rozpoczęła więc podróż.
Od pomysłu i pierwszych projektów przeszła przez przygotowanie graficzne, prepress, później pojawił się druk, odpowiednie materiały, laminacja, konfekcja i kolejne etapy produkcji. Każdy z nich odbywał się gdzie indziej i wymagał wiedzy oraz doświadczenia kolejnych osób. W pewnym momencie projekt przestał więc należeć do jednej osoby czy jednej firmy. Zaczął żyć własnym życiem.

Po drodze oczywiście nie wszystko wyglądało dokładnie tak, jak wyobrażaliśmy sobie na początku. Pojawiały się pytania, próby, poprawki, telefony i kolejne pomysły. Czasem odpowiedź na jedno pytanie rodziła następne. Czasem ktoś patrzył na efekt i mówił: „A może lepiej odpuścić?”. I zamiast traktować takie momenty jak przeszkodę, zaczęliśmy traktować je jako część projektu. Bo właśnie wtedy najczęściej pojawiały się najlepsze rozwiązania. Kolejne firmy i kolejne osoby wnosiły własne doświadczenie, a coś, co początkowo było tylko pomysłem na ciekawy wydruk, zaczęło łączyć wiele różnych kompetencji.
Na końcu tej drogi mamy więc naszą interpretację „Damy z gronostajem”, 300 różnych doypacków i materiały, które można zobaczyć oraz wziąć do ręki. Ale to tylko fizyczny efekt projektu. Za każdym z tych elementów kryją się rozmowy, ludzie, decyzje, próby i miejsca, przez które Dama musiała przejść. Dlatego postanowiliśmy nie pokazywać wyłącznie finału. Zabraliśmy kamerę tam, gdzie normalnie odbiorca gotowego opakowania nie zagląda. Chcieliśmy zobaczyć produkcję od środka, porozmawiać z osobami, które rzeczywiście brały w niej udział, i pokazać, jak jeden pomysł przechodzi z rąk do rąk, aż w końcu staje się czymś rzeczywistym. Dopełnieniem tej historii jest podcast, rozmowa o tym, czego nie da się pokazać na pojedynczym zdjęciu czy zamknąć w kilku zdaniach technicznego opisu – mówi Piotr Pazik.

Nie wiemy, co powiedziałby na to Leonardo da Vinci. Być może przez chwilę zastanawiałby się, dlaczego jego Dama nagle znalazła się na opakowaniu. Ale człowiek, który ponad pięćset lat temu malował, projektował maszyny, badał anatomię, eksperymentował i nieustannie próbował rzeczy, których wcześniej nikt nie robił, prawdopodobnie zrozumiałby naszą ciekawość.
Bo ostatecznie ten projekt zaczął się od bardzo prostego pytania: „A co, jeśli zrobimy to trochę inaczej?”
I jak się okazało, czasami właśnie od takiego pytania zaczynają się najciekawsze historie.
Autor: Piotr Pazik – Digiprint









